Month: Grudzień 2017

Dlaczego warto drzemaĆ i choĆ na chwilĘ wyrwaĆ siĘ z pracoholizmu

Między Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem jakiś chochlik szepce do ucha, aby dokończyć zaległe sprawy, przygotować plany i przeczytać dokumenty, na które nigdy nie było czasu. A ja tak sobie myślę, że zamiast tego warto podrzemać… Warto odpocząć i nic nie robić.

Wreszcie zaczynam rozumieć, że nie jestem robotem. Szkoda, że nie wpadłem na to dziesięć lat wcześniej. Wreszcie wiem, że potrzebuję przerwy. Potrzebuję drzemki. Potrzebuję chwili dla siebie, żeby nie zwariować, żeby myśleć, żeby nie żłopać kawy, żeby nie udawać, że coś robię.

Coraz bardziej lubuję się w smakowaniu (marnowaniu?) czasu. Odkąd dotarło do mnie, że nie jest on bytem niezależnym, ale darem – zaczynam odczuwać jego namacalną fizyczność, a przez to z większą lubością kładę się na tapczanie i zapadam w drzemkę. To nic, że żona i córki na pytanie o moje ulubione zajęcie odpowiadają: „spanie”. To nic, że nie można w tym czasie dodzwonić się do mnie. To nic, że czekają informacje na skrzynce pocztowej, a świat pędzi gdzieś do przodu.

Odkąd zrozumiałem, że czas nie ma nic wspólnego z zegarem, ale jest elementem życia, które z zegarem tylko to łączy, że może podlegać definicji upływających lat, zaczynam uczyć się wypełniać własny czas niezależnie od wymagań narzuconych z zewnątrz. Daje to ogromny komfort nie podlegania papce informacji, które ktoś dla mnie wybrał, ułożył, zinterpretował, nakazał. Po prostu wysiadam z pociągu i spokojnie patrzę jak odjeżdża. Idę do kawiarni, biorę kawę i szarlotkę , choć waga łazienkowa mówi, że nie jest to dobry pomysł i cierpliwie czekam na kolejny. Jeśli nie nadchodzi, nie martwię się tym i opowiadam córkom bajkę o kocie w butach i siedmiu krasnoludkach zagubionych w rogu poczekalni.

Lubimy podkreślać, jak ciężko pracujemy, ile godzin musimy spędzać w pracy, ile godzin pracujemy w domu. W rzeczywistości jedynie młode matki, zawodowi kierowcy, pracownicy marketów, rolnicy i ludzie pracujący przy taśmie fabrycznej pracują efektywnie osiem godzin lub nawet więcej, a to tylko dlatego, że wymuszają to na nich zewnętrzne czynniki. Przy czym często prace te nie wymagają pełnego zaangażowania intelektu, gdyż są powtarzalne i można się szybko ich wyuczyć. Pozostałe osoby nie pracują uczciwie więcej niż trzy do czterech godzin, a i to rzadko. Resztę czasu pozorują. To, że pracują kilka godzin i pozwala im to wypełnić obowiązki jest w porządku. Nie w porządku jest, że muszą udawać (patrz siódme przykazanie), że pracują, bo nikt nie doceni, że dane obowiązki wypełniają w dwie godziny i na dobrą sprawę mogą iść do domu. Ale nie… Gdyby taka osoba powiedziała, że skończyła, natychmiast zostałaby zawalona obowiązkami kolegów. Dlatego bardziej opłaca się pozorować, zostawać po godzinach i narzekać, że tak ciężko pracujemy i tylko nikt tego nie docenia…

Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogę być sam ze sobą uczciwy jako swoim własnym pracodawcą i pracować tyle, ile rzeczywiście potrzeba bez ryzyka, że dostanę naganę. Jednego dnia jest to pół godziny, ale następnego może to być czternaście godzin. Ale jest to mój czas i sam mogę decydować, jak go wypełnić.

Coraz częściej spotykam osoby po sześćdziesiątce, które nie mają niczego do przekazania. Ich historia życia daje się streścić w kilku zdaniach. Prawdopodobnie niewiele osób zauważy, że odejdą, a może nawet, wśród tych niewielu, większość odetchnie z ulgą. Nie ma nic bardziej przerażającego niż umieranie przy werblach obojętności. Ale jeszcze straszniejsze jest umieranie ze świadomością, że całe życie przepracowałem i nie zostaje po mnie nic. Nawet pamięć, a może, przede wszystkim, pamięć.

Bóg wie i szepce przez swoich aniołów do ucha, że mężczyzna kończy się za wcześnie i nigdy nie wraca. Wiedzą nawet o tym dzieci, które podkładają nogi starcom, bo niczego już od nich nie oczekują, bo też ci niczego nie mogą im przekazać oprócz paru srebrników, za które nie da się kupić błysku w oczach. Mężczyzna, który nie ma czasu, a tym bardziej stary mężczyzna, który nie ma czasu i nie ma w sobie nic poza garścią monet, nie jest w stanie niczego od siebie dać. Po prostu, zamiast budować zamki z piasku, które po zaciętej walce pochłonie morze, woli całe życie budować niezrozumiałe dla nikogo światy alternatywne, w których ktoś – kogoś, za coś; ale dla dziesięciolatków o wiele większe znaczenie ma zamek z piasku z fosą, która ma go strzec przed smokami i falami potopu. Ktoś, kto nie walczył, aby obronić swojej piaskowej twierdzy, nigdy nie będzie bohaterem, a co to za mężczyzna, który, pozwolę sobie zacytować Herberta, nie ma zamiaru być „przyjętym do grona swoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów”.

Dlatego coraz częściej, kiedy kończę pracę, zaczynam szkicować swój zamek z piasku i modlę się, żeby jego mury przetrwały nagły przypływ.

Nie korzystam z łaskawości drzemki, żeby być bardziej efektywnym. Efektywność nic mnie nie obchodzi, bo jeśli w życiu chodziłoby o bycie efektywnym, to po co Bóg tworzyłby poezję i wschód słońca. Świat efektywny lub efektywne życie nie różniłoby się niczym od taylorowskiej instrukcji obsługi łopaty. Należałoby trzymać je w odpowiednim miejscu, stosować z góry ustalony optymalny nacisk i osiem godzin machać zgodnie ze wzorem. Jestem wdzięczny, że Taylor i jemu podobni nie doradzali Bogu, gdy stwarzał świat. Dlatego drzemię coraz częściej dla przyjemności drzemania i podpatrywania ulotności życia.

Przyjemnego drzemania.

Liczy siĘ tylko pŁynnoŚĆ, reszta jest dodatkiem

Ludzie boją się być aktywni, boją się być twórczy i podejmować ryzyko, gdyż w przypadku porażki, nikt nie da im drugiej szansy i nikt nie doceni doświadczenia, które uzyskali. Wręcz odwrotnie: zostaną wyśmiani, poniżeni i odtrąceni.

Praktycznie na zawsze zostaną pozbawieni dostępu do kredytów itd.… Trzeba być bardzo odpornym psychicznie i mieć ogromne samozaparcie, żeby się podnieść. Tymczasem upadki są naturalnym elementem nauki chodzenia i większość z wybitnych przedsiębiorców ma na swoim kącie bolesne klęski, dzięki którym zdobyli cenną wiedzę o sobie samych i prowadzonym biznesie.

40% polskich firm zatrudniających więcej niż 10 osób nie ma szans na kredyt w banku[i]. Dołóżmy do tego jeszcze firmy zatrudniające poniżej 10 osób i te działające w szarej strefie, a okaże się, że ponad dwie trzecie firm nie ma co liczyć na finansowanie w banku. Wyobraźmy sobie, że jakimś cudem udałoby się jednak wesprzeć kapitałowo te firmy. Gdyby to się stało, coś takiego jak bezrobocie zniknęłoby z naszego języka, a wzrost PKB skoczyłby do 10% rocznie. Pozostaje jedynie pytanie, czy komukolwiek na tym zależy?

Problem z finansowaniem nie dotyczy wyłącznie firm, które kiedyś miały problemy. W przeważającej większości o odmowie przez bank decyduje zła branża, zła lokalizacja i sto innych przyczyn, które łącznie wpływają na bankową ocenę: „zbyt duże ryzyko”. Okazuje się jednak, że te same banki na swoich rodzimych rynkach są znacznie bardziej chętne do dawania finansowania i jakimś cudem inaczej mierzą wskaźniki ryzyka i oceniają poszczególne branże.

Polskim firmom brakuje kapitału. Jeśli nawet uda im się pozyskać finansowanie, to koszt kapitału w Polsce jest znacznie wyższy niż w sąsiedniej strefie euro, co oznacza, że większość generowanego zysku i tak zabiera bank. Trudno w takiej sytuacji mówić o uczciwej konkurencji w ramach Unii Europejskiej. Dlatego tym bardziej należy podziwiać polskich przedsiębiorców, którzy pomimo braku finansowania, barier i utrudnień ze wszystkich stron, radzą sobie na rynku, tworzą nowe miejsca pracy i inwestują każdą zarobioną złotówkę.

Stwierdzam to z bólem, ale nie ma szans, żeby na obecnym etapie wydusić z polskiej gospodarki więcej niż trzy procent wzrostu rocznie. Zmiana może się dokonać jedynie wówczas, gdy pojawią się środki na zwiększenie skali finansowania „niefinansowanych” do tej pory firm. Tu tkwi potencjał wzrostu. To tu jest szansa na nowe miejsca pracy i dalszy wzrost PKB.

Pozostaje jednak pytanie, czy komukolwiek na tym zależy. Oskarży mnie ktoś o rozpowszechnianie spiskowych teorii, ale z punktu widzenia zagranicznych banków, zwiększenie skali kredytowania dla polskich firm byłoby nieracjonalne. Polska pozostaje dla nich krajem peryferyjnym, a wspieranie firm z krajów peryferyjnych to tworzenie realnej konkurencji dla firm na ich macierzystych rynkach. Dlatego oczekiwanie na wzmożoną aktywność ze strony zachodnich banków jest mrzonką. Pobudzenie naszej gospodarki musi wyjść od nas samych i to my sami powinniśmy znaleźć na to środki.

Oczywiście, pojawi się zarzut, że spora część kredytów nie zostanie spłacona albo będzie spłacana nieterminowo. Odpowiem pytaniem na pytanie: jeśli tego nie zrobimy, nie poniesiemy takiego ryzyka, to jak chcemy, żeby Polska się rozwijała i bogaciła. Pozostanie nam tkwienie w marazmie i czekanie na cud, który raczej nie nastąpi.

Zdaję sobie sprawę, że podjęcie takiej decyzji nie jest proste. Politykom najłatwiej zdobywać poklask plując na przedsiębiorców i pokazywać ich jako złodziei, wyzyskiwaczy i zapchlone karły liberalizmu. Tego oczekuje spora część społeczeństwa ze związkami zawodowymi na czele. Tymczasem, jeśli w kulturze nie ma zakorzenionego podziwu dla osiągnięć przedsiębiorców, a zamiast tego dominuje wobec nich podejrzliwość i oskarżenia o nieetyczność, to nie ma szans na przyśpieszenie.

W naszej kulturze wciąż brak przyzwolenia na ryzyko. Jeśli upadniesz, chętnie ci jeszcze dokopią i wyśmieją.

To, że przedsiębiorczość nie jest w modzie nie jest zjawiskiem typowo polskim, ale zalewa całą Europę, przez co erozji ulegają jej gospodarcze fundamenty. Ciekawie zjawisko to interpretuje Edmund Phelps[ii], który w 2006 roku otrzymał Nagrodę Nobla: „Mamy do czynienia z masowym powrotem do wartości tradycyjnych, takich, jakie dominowały w średniowieczu. Opierają się one na przywiązaniu do rodziny, do konieczności zapewnienia jej dobrobytu i bezpieczeństwa. Co jest skutkiem dominacji takich wartości? Powszechny materializm i awersja do ryzyka, czyli miedzy innymi społeczne poparcie dla prowadzonej w imię równości i solidarności polityki socjalnej, gwarancji bezpieczeństwa zatrudnienia, ograniczeń w handlu. Takie tendencje z kolei napędzają rozwój sektora bankowego, finansowego, oświaty czy farmaceutycznego i z gospodarki robią mechanizm zarządzany przez wąskie elity.”.

Odrzucając i negując przedsiębiorczość na rzecz „bezpiecznego stołka” niejako podcinamy gałąź, na której egzystuje dane społeczeństwo. To nowe fabryki, nowe technologie, wynalazki i innowacje decydują o znaczeniu danego kraju i jego sile na mapie świata. Decyduje o tym również poziom wykształcenia i przygotowania kadr. Edmund Phelps stwierdza wprost: „To społeczeństwa zdolne do innowacji rozwijają się najszybciej, są najsilniejsze i najbardziej odporne na kryzys.”. Tymczasem „młodzi ludzie przekonywani są, że nie warto ryzykować, że od osiągnięć, od kreatywnej samorealizacji, ważniejsza jest stabilność i zapewnienie sobie spokoju życia.”.

Szczególnie na naszym polskim grajdołku widać wyraźnie, że ludzie boją się być aktywni, boją się być twórczy i podejmować ryzyko, gdyż w przypadku porażki, nikt nie da im drugiej szansy i nikt nie doceni doświadczenia, które uzyskali. Wręcz odwrotnie: zostaną wyśmiani, poniżeni i odtrąceni. Praktycznie na zawsze zostaną pozbawieni dostępu do kredytów itd.… Trzeba być bardzo odpornym psychicznie i mieć ogromne samozaparcie, żeby się podnieść. Tymczasem upadki są naturalnym elementem nauki chodzenia i większość z wybitnych przedsiębiorców ma na swoim kącie bolesne klęski, dzięki którym zdobyli cenną wiedzę o sobie samych i prowadzonym biznesie.

Aby tacy przedsiębiorcy mieli szansę u nas zaistnieć potrzeba odwagi politycznej, aby podać im dłoń i ich marzenia i cele wesprzeć, a nie tylko obarczać je nowymi wymogami i podatkami.

„Nie heroiczna przeszłość, bohaterscy żołnierze i chwalebne klęski, lecz właśnie widoczne dowody gospodarności budują u innych nacji szacunek lub pogardę dla danego kraju. Sukces na tym polu to od wieków bezcenny kapitał.” – stwierdza Andrzej Krajewski w artykule „Polska – od wielkości do upadku” opublikowanym na portalu forsal.pl. To sformułowanie jest o tyle smutne, że nie potrafimy promować ani naszej heroicznej przeszłości, przez co utrwala się między innymi przekonanie na świecie o polskich obozach koncentracyjnych, ani nie promujemy naszego potencjału gospodarczego, ani nie potrafimy walczyć o wsparcie dla naszych firm. Nie trzeba być prorokiem, żeby wiedzieć, co nas czeka za dziesięć lat, jeśli nie zdecydujemy się na zmiany już teraz.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Rebelya.pl

[i] Za www.prnews.pl

[ii] Wszystkie wypowiedzi Edmunda Phelpsa zostały zaczerpnięte z wywiadu, jaki udzielił on Sebastianowi Stodolakowi pt. Materialistyczna kultura zabija gospodarkę Zachodu, a opublikowanemu przez obserwatorfinansowy.pl

Czy warto staraĆ siĘ o faktoring tajny?

W Polsce faktoring tajny, jak tak tajny, że choć teoretycznie ma go w swojej ofercie część faktorów, to zarezerwowany jest tylko dla najlepszych klientów, a i tak nie wszystkich, reszta może o nim co najwyżej poważyć…

Zanim odpowiemy sobie na pytanie, czym jest faktoring tajny, powtórzmy kilka pojęć, które mogą nam być potrzebne. Faktoring to forma finansowania działalności przedsiębiorstwa, która pomaga poprawić jego płynność finansową i szybko odzyskać należności.

W usłudze tej funkcjonują trzy podstawowe pojęcia:
– faktorant – firma dostarczająca towary/usługi, wystawca faktury,
– dłużnik – odbiorca towaru/usługi, odbiorca faktury,
– faktor – firma świadcząca usługi faktoringowe.

Umowy faktoringowe można podzielić ze względu na termin płatności, według ryzyka oraz według terminu zawiadomienia dłużnika. W tym ostatnim przypadku wyróżnić można:


– faktoring otwarty – dłużnik w tym wypadku jest niezwłocznie powiadamiany o zawarciu umowy faktoringowej,
– faktoring półotwarty – dłużnik zawiadamiany jest o podpisaniu umowy w momencie wezwania do zapłaty wierzytelności,
– faktoring tajny – dłużnik nie jest zawiadamiany o podpisaniu umowy.

Typowa umowa faktoringu wymaga akceptacji cesji wierzytelności przez dłużnika. Kiedy jednak takiej zgody nie ma, rozwiązaniem jest faktoring tajny. W tym przypadku dłużnik nie jest informowany o zawarciu umowy faktoringowej. Dłużnik może jedynie zostać poinformowany o zmianie konta, na które powinien wnieść zapłatę należną faktorantowi. Istnieje również inna możliwość – środki pieniężne wpływają na konto faktoranta, a ten zwraca faktorowi zainwestowane środki w umówionym terminie.


Faktoring tajny (inne nazwy to: cichy, nienotyfikowany) najczęściej jest on stosowany, gdy faktorant jest stałym klientem faktora, a ich dotychczasowa współpraca przebiegała bez zakłóceń. Dla faktoranta ta forma faktoringu również niesie ze sobą pewne ryzyko. Ponieważ dłużnik nie jest informowany o zawarciu umowy, faktor nie może zapewnić dodatkowych usług związanych z umową, na przykład monitoringu czy windykacji należności.


Faktoring nienotyfikowany cieszy się dużą popularnością m. in. w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy na Cyprze. Natomiast w Polsce występuje raczej rzadko, albo jest tak tajny, że faktorzy sami o nim nie wiedzą za dużo.😜

Dlaczego faktoring dla gospodarstw rolnych pomaga?

Branża rolnicza to bardzo specyficzny sektor działalności, który ma długie cykle produkcyjne. To powoduje z jednej strony konieczność angażowania kapitału z wyprzedzeniem, a z drugiej bardzo długi okres oczekiwania na zwrot. 


Podstawowym rodzajem finansowania dla wielu gospodarstw rolnych jest tzw. samofinansowanie, które jest ściśle powiązane z środkami własnymi rolnika i niestety bardzo często nie jest ono wystarczające, szczególnie w przypadku niespodziewanych problemów czy konieczności dokonania zwiększonych zakupów. W rezultacie powoduje to problem finansowania bieżącej działalności lub planowanych przedsięwzięć, a opóźnienia wpływów powodują brak środków choćby na zakup surowców. Usługa faktoringu stanowi istotne źródło finansowania podmiotów działających w rolnictwie i jego otoczeniu. Jego znaczenie jest szczególnie duże, nie tylko w działalności inwestycyjnej, ale również w utrzymaniu płynności finansowej, która jest niezbędna. 


Każdy przedsiębiorca będący właścicielem gospodarstwa rolnego może starać się o faktoring, ale tylko wówczas, gdy jest on płatnikiem podatku VAT, co stanowi jedyne ograniczenie dla tej usługi finansowania.


Działalność gospodarstwa rolnego, podobnie jak przedsiębiorstwa z innych sektorów gospodarki, ma do wyboru następujące formy faktoringu:


– faktoring pełny (bez regresu), który charakteryzuje się tym, że w umowie zawarte jest postanowienie o przejęciu na siebie przez faktora ryzyka związanego z wypłacalnością dłużnika;
– faktoring niepełny (z regresem) – w tym przypadku cesja wierzytelności nie przechodzi na faktora i ryzyko niewypłacalności ponosi klient;
– faktoring odwrotny – przedmiotem umowy nie są należności lecz posiadane zobowiązania, czyli odbiorca danego towaru czy usługi zgłasza się do instytucji faktoringowej w celu pozyskania na nie środków finansowych.


Aby zachować ciągłość procesu wytwórczego w rolnictwie warto rozważyć wsparcie w postaci faktoringu, gdyż jest on doskonałym rozwiązaniem, zarówno ze względu na wyeliminowanie zatorów finansowych, jak i wsparcie dla prowadzonej działalności inwestycyjnej. 


Masz pytania, jesteśmy do Twojej dyspozycji

Zespół Idalion Finanse